wtorek, 14 listopada 2017

Co się stanie, gdy się na moment zatrzymasz?

Na moim osiedlu mieszka pewna pani, lat 69. Gdy nie znałam jej imienia, nazwałam ją "panią fartuszkową", bo nosi taki fartuch, który niezmiennie kojarzy mi się z panią z mięsnego... Zauważyłam, że podejrzanie często ma coś do zrobienia przed swoim domem. 

Gdy mnie zatrzymuje, nigdy nie kończy się na wymianie pozdrowienia. Znam już cały jej życiorys, listę leków, tytuły z domowej biblioteczki i osiedlowe plotki. 

Najbardziej lubię, jak wspomina swojego narzeczonego. Rumieni się wtedy i spuszcza wzrok jak speszona nastolatka. Jeśli akurat trzyma w ręce gazetę, zakrywa nią twarz, jakby chciała ukryć niepowstrzymany chichot. Wygląda wtedy dokładnie tak samo, jak roześmiany papież Jan Paweł II podczas pamiętnej pielgrzymki w Polsce, opowiadający w Wadowicach, dokąd chodził po maturze na kremówki… 

- Magda, a co tam słychać u twojej ulubionej koleżanki? - zaczepił mnie kiedyś sąsiad. 
Chwilę potrwało, zanim się zorientowałam, że pyta o panią fartuszkową. 

No tak... Trochę się pośmialiśmy, ale później poczułam, że to wcale nie było aż tak zabawne. Zorientowałam się, że sąsiedzi wybierają okrężną drogę do swoich domów, żeby ich przypadkiem nie zaczepiała. Wygląda na to, że tylko ja daję się złapać...

Pewnego dnia Pani Fartuszkowa powiedziała: 
- Wie pani co? Tylko z panią mogę sobie tak dobrze o książkach porozmawiać! - zaskoczyła mnie totalnie. - Była tu jeszcze na osiedlu taka druga fajna pani, babcia Karoliny... ale ona już zmarła...

Podziękowałam za miłe słowa i po raz pierwszy skłamałam, że się spieszę.
Ogromnie żałowałam, że nie mam przy sobie żadnej gazety, która pomogłaby mi ukryć wzruszenie... 

A Ty? 
Jak reagujesz, gdy starsza osoba zatrzymuje Cię na ulicy? 
Sprawdź, co się wydarzy, gdy poświęcisz jej parę chwil swojego cennego czasu! 

Pozdrawiam,
Magda


fot. pixabay.com

wtorek, 17 października 2017

(Nie)odnawialne źródła zaufania

Gdy jestem przypadkowym świadkiem rozmów telefonicznych - w pracy, w autobusie, sklepie czy na ulicy - staram się odwracać własną uwagę, żeby nie skupiać się na komunikatach, których nie jestem docelowym odbiorcą. Mimo iż osoby dzwoniące i odbierające telefon w miejscach publicznych niejako zgadzają się na postronnych słuchaczy, to jednak bycie przymusowym świadkiem nie zawsze jest dla mnie komfortowe. Przede wszystkim dlatego, że wypowiadane treści bywają tak ciekawe, szokujące, albo zabawne, że zdarza mi się podążać za tokiem rozmowy. I nie byłoby w tym może nic szkodliwego, gdyby nie sytuacje, w których muszę się pilnować, żeby nieproszona nie włączyć się w rozmowę.

Tak jak wtedy, gdy usłyszałam komentarz wypowiedziany do słuchawki zdecydowanym tonem: "...prawda jest taka, że ufać można tylko sobie!" 

Ponieważ reprezentuję całkowicie odmienne podejście, przez myśl przemknęła mi riposta: "Mów za siebie, to twoja prawda. Nie jest ani obiektywna, ani absolutna. Na szczęście."

Skądinąd wiem, że autorowi tych słów wielokrotnie daleko było do zachowań uczciwych, lojalności czy czasami nawet do zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. I od razu nasunęło mi się skojarzenie z mentalnością złodzieja: ja kradnę, to znaczy, że wszyscy kradną. Jeśli ja podkładam ludziom świnie, to inni pewnie mi też, więc szczytem naiwności byłoby ufać komukolwiek.


Zwróć swą twarz ku słońcu...


Niestety jedną z moich słabości jest szukanie pozytywnych stron u każdego człowieka, a co za tym idzie, okoliczności łagodzących dla wszelkich niepożądanych zachowań. Dlatego zaczęłam się zastanawiać nad innymi możliwymi przyczynami zupełnego braku zaufania. Na przykład takimi, że ktoś uległ w życiu tak wielu rozczarowaniom, że stracił wiarę nie tylko w ludzi, którzy go zawiedli, ale też na wszelki wypadek postanowił nie ufać w przyszłości nikomu innemu. Żeby nie musiał narażać się na kolejne zranienia.

Pytanie, co było najpierw - bycie sprawcą czy ofiarą rozczarowania?

Ostatecznie zrobiło mi się żal tego człowieka, który kategorycznie zabronił sobie ufać innym. Jakiż on musi być samotny! Emocjonalnie odizolowany od ludzi, i to nawet od tych, którzy mogliby wnieść do jego życia dużo dobra.

Mnie z pewnością kosztowałoby to za dużo energii. Życie w ciągłej podejrzliwości, trzymanie ludzi na dystans i powstrzymywanie się przed angażowaniem w relacje - to nie dla mnie. 


... a cień zostanie w tyle!

Bo ja ciągle ufam ludziom, ciągle na nowo. Dopóki ktoś nie nadwyręży mojego zaufania, nie widzę powodu, aby od razu zakładać, że "wszyscy kradną". I żeby było jasne - nie otaczają mnie wyłącznie życzliwe osoby, które dobrze mi życzą. A jednak obecność tych pozytywnie nastawionych wielokrotnie wynagradza mi rozczarowania spowodowane przez tych kopiących pode mną dołki. I nie wyobrażam sobie, żebym ze względu na rozczarowanie tymi właśnie, miała zrezygnować z zaufania innym i wchodzenia w bliskie relacje.


Na zakończenie cytat z mojego ulubionego kalendarza: 

"Nic bardziej nie wzmacnia człowieka niż okazane mu zaufanie." (Adolf Harnack)


A jak jest z zaufaniem u Was?

Jest na kredyt, czy dopiero, jak ktoś zasłuży? A może nie obdarzacie nim wcale, bo nie warto?


Pozdrawiam serdecznie,

Magda

wtorek, 25 lipca 2017

"Dzień dobry" - edycja limitowana?

We wrześniu ubiegłego roku mój syn rozpoczął przygodę ze żłobkiem*. Jak wielu innych rodziców, codziennie odwiedzałam placówkę, aby rano odprowadzić, a po południu odebrać dziecko. Po kilku tygodniach znałam już na pamięć twarze i imiona wszystkich „cioć” (przedszkolanek), odróżniałam rodziców dzieci z grupy mojego synka, od rodziców odprowadzających pociechy do innych sal. Niezależnie od tego, czy dziecko finalnie trafiało do "biedronek", "kwiatuszków" czy "krasnoludków", wejście, korytarz i klatka schodowa dla wszystkich były wspólne. Nie było więc pory, żebym kogoś nie mijała. Po niedługim czasie wszystkim spotykanym regularnie osobom zaczęłam mówić "dzień dobry". 


Jakież było moje zdziwienie, gdy moje zwyczajne powitanie spotykało się z szeroko otwartymi oczami (szkoda, że nie uszami) niektórych rodziców! Wyraz ich twarzy pozwalał mi zgadywać, że właśnie zmąciłam ich spokój i w ekspresowym tempie przeszukują teraz w pamięci listę znajomych, żeby mnie do którejś szufladki wpakować. A tu niespodzianka – moja twarz nie pasowała do żadnej z szuflad. Nawet do tej z podpisem „rodzice kolegów mojego dziecka ze żłobka, których spotykam codziennie”. Bo takiej szufladki najzwyczajniej w świecie tam nie było... 


Dalej od cywilizacji, bliżej do ludzi



Na wszystkich górskich szlakach obowiązuje niepisana reguła, że mijający się turyści pozdrawiają się serdecznie. A jeśli nie serdecznie, to chociaż zwyczajnie. Tylko dlatego, że łączy ich wspólna pasja wędrowania i tylko dlatego, że ich drogi się spotkały. Nie znają się, mogą się już nigdy nie spotkać. Poprzez krótkie „dzień dobry” mają szansę skrócić dystans, otwierając drzwi dla nawiązania bliższej relacji, albo tylko (aż?) umilić sobie dzień. Oczywiście co jakiś czas można spotkać nowicjusza nieobytego z górską „etykietą”, takiego co przygląda się podejrzliwie, któż to go zaczepia. Taki jednak najczęściej dość szybko orientuje się, że „w górach tak to już jest” i dostosowuje się do turystycznego savoir-vivre'u, albo ...pozostaje niedzielnym turystą.


Nie w górach, a z głową w chmurach



Jest lipiec, za kilka dni syn kończy przygodę ze żłobkiem. Część rodziców do tej pory nie zorientowała się, o co chodziło z tym moim „dzień dobry” we wrześniu. Do dziś mam kłopot z niektórymi osobami, które widuję codziennie, rozpoznaję z wzajemnością … i nic. Uśmiech sam mi się ciśnie na usta, gdy widzę, jak dzielnie negocjują ze swoimi pociechami przyspieszenie kroku, żeby zdążyły na śniadanko. I gryzę się w język, żeby nie wymsknęło mi się to nieszczęsne (jakże nawykowe!) „dzień dobry”, na które nie chcę już usłyszeć braku odpowiedzi. Złapałam się na tym, że ostatnio unikam już nawet wzroku tych osób, bo zwyczajnie niekomfortowo czuję się, gdy patrzę im w oczy i mijam bez słowa. To dla mnie absolutnie nienaturalne, więc taka powściągliwość kosztuje mnie trochę energii. 



Zwrot grzecznościowy luksusowy


Za miesiąc mój syn zacznie chodzić do przedszkola. Czy tam będzie podobnie? Mam jeszcze trochę czasu, żeby temat przepracować na tyle, by we wrześniu nie rozczarować się ponownie. By wytworzyć w sobie tolerancję na przegapione przeze mnie zmiany społeczne, najwidoczniej zmierzające w takim właśnie kierunku. 


Zacznę od siebie. Może wystarczy przyjąć, że jestem dinozaurem, który spóźnił się na wymarcie własnego gatunku? Albo ekstra-ekstrawertykiem...?

Jednak zanim przykleję sobie jakąkolwiek etykietę, sprawdzam jeszcze mądrości internetu. Przykładowy wynik: 


pl.Wikibooks.org

-> Polszczyzna/ grzeczność językowa 
     -> Powitania i pożegnania: Zwroty słowne

     "Dzień dobry/Do widzenia" – oficjalna forma przywitania się. 
Używana wobec nieznajomych, osób starszych oraz bez więzów zażyłości a w szczególności gdy wcześniej nie dokonano oficjalnego przejścia na ty.


Wytłuszczenie moje. 



M.


*miejski żłobek w dzielnicy dużego miasta

niedziela, 26 lutego 2017

Ile to już razy kończył się świat?

Ile to już razy kończył się świat























Jadąc w zeszłym tygodniu do pracy, szukałam stacji która złapie zasięg na odcinku, gdzie tracą się wszystkie fale. Nagle z szumu przebił się znajomy głos: niski, dźwięczny, radiowo-teatralny, bardzo dobrze rozpoznawalny przez większość Polaków. Był to urywek jednego z kazań do rodaków podczas pielgrzymki do ojczyzny w rozgłośni katolickiej, która zasięg ma chyba wszędzie... :)


wtorek, 14 lutego 2017

"Wariatka, egoistka, gapa"

Walentynkowo.
Jak o miłości, to tylko ksiądz Twardowski...

jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby 
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie 
jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem
jest miłość co była ciałem a stała się duchem
i ta co nie odejdzie - bo znów niemożliwa



- ks. Jan Twardowski


Wiersz "Jest miłość trudna" poznałam w liceum. Ale nie na lekcji języka polskiego, tylko na religii. Nie pamiętam już, przy jakiej okazji, ksiądz Robert Kaczmarek wydeklamował nam wiersz. Sam autor nie zrobiłby tego lepiej, a my - rozbrykana młodzież robiąca wszystko, żeby lekcję religii przegadać na swoje tematy, zostaliśmy "ciency" jak ten opłatek...