poniedziałek, 9 lipca 2018

"To, co osiągamy, osiągamy dzięki innym ludziom"

Zapraszam na drugą część wywiadu Łukasza Jakóbiaka (20m2) z Jackiem Walkiewiczem. Kto nie słuchał pierwszej części, zachęcam od rozpoczęcia od niej: "Zmieniamy się dzięki ludziom, których spotykamy"






Cz.2 "Jak być szczęśliwym" - Jacek Walkiewicz

 
"To, co osiągamy, osiągamy dzięki innym ludziom. I trzeba dawać i brać - musi być równowaga w dawaniu i w braniu. Wdzięczność pozwala odnaleźć sens we wszystkim, co nas otacza. I jeśli chodzi o takie sytuacje, gdy ktoś nam zrobił coś dobrego, to to jest oczywiście bardzo proste, gorzej jest być wdzięcznym za rzeczy które potocznie wydają się złe..." 
"Wdzięczność nas uspakaja, daje nam takie poczucie, że wszystko jest właściwe, na właściwym miejscu. Spotykamy właściwych ludzi, oni dają nam właściwe rzeczy. Też pamiętam, gdzieś przeczytałem, że jeżeli jest szczęście, to na przeciwległej osi nie jest brak szczęścia, tylko brak wdzięczności."  
"Jest taka książka "Ołówek". Ta książka ma z 10 stron, więcej chyba nie ma. Tam autor rozpisuje, ilu ludzi musiało wziąć udział przy produkcji ołówka. Ołówek z gumką, z grafitem i z metalową wsadką z tyłu. Raz, dwa, trzy, cztery elementy. Pisze o tych wszystkich, którzy ścinają w Amazonii lasy, o tych którzy wydobywają węgiel, o tych którzy zbudowali maszyny, które to wszystko przerobią. Wychodzi na to, że człowiek nie jest w stanie zliczyć ludzi którzy brali udział przy produkcji ołówka...  
Za wszystkim, co nas otacza, za tą bułką, którą kupujemy, za prądem... za wszystkim są tysiące ludzi. I jak to do ciebie dotrze, to masz takie poczucie, że jesteś im wdzięczny, to też dajesz innym. Bo to jest według mnie ze sobą połączone. I masz poczucie sensu wtedy, że być może wykonujesz jakąś prostą pracę, być może jakiś jeden element wkładasz, ale że to ma sens, bo na końcu tego wszystkiego jest całość."  
(...)
"Spotkałem człowieka, który mi powiedział, że da mi jedną radę i ona była radą takiego absolutnego człowieka starszyzny i ona brzmiała: w życiu są pociągi, które podjeżdżają tylko raz i trzeba do nich wsiąść. I jeśli się nie wsiądzie, to one odjadą. On już tam na samej górze zobaczył, że były pewne rzeczy, które sobie odłożył na później i one już nigdy nie wróciły. 
(...) dostałem odpowiedź, co w życiu jest ważne. No właśnie to, żeby być we właściwym miejscu, o właściwym czasie, z właściwymi ludźmi i robić właściwe rzeczy." 

  
***

Spojrzenie Pana Jacka na relacje międzyludzkie jest mi niezwykle bliskie. Dostrzeżenie, że ludzie których spotykamy zostawiają po sobie ślad w naszych sercach i życiorysach, to akt wielkiej pokory. 

Pokory, która pozwala zrozumieć związek między tymi, których mijamy, a tym, co osiągamy. W błędzie są ci, którzy robiąc karierę, przypisują sukces wyłącznie sobie (psychologia nazywa to błędem atrybucji). Owszem, to oni ciężko pracowali, oni się uczyli i nauczyli, oni wywalczyli awans. Nikt nie umniejsza tych dokonań, bo zapracowali na nie. 


Niemniej wszyscy oni po drodze natrafili na ludzi, którzy w odpowiednim momencie powiedzieli TAK, wskazali właściwe drzwi, podpowiedzieli rozwiązania. Albo przeciwnie - w odpowiednim momencie przytrzymali, żeby nie brnęli w ślepą uliczkę. A czasami zaopiekowali się ich dziećmi, żeby mogli się uczyć i pracować, gotowali obiady, upraszczali codzienność usuwając przeszkody spod nóg, by mogli się skupić na drodze do celu.

Co ciekawe, im większe sukcesy ludzie osiągają, tym większa świadomość współudziału wielu ludzi. Sportowcy po wygranych zawodach dziękują nie tylko kibicom i sztabowi szkoleniowemu, ale również rodzinom. Artyści odbierający wyróżnienia i statuetki za swój dorobek niejednokrotnie wskazują na udział osób zupełnie nie związanych z ich branżą.

Każdy z nas każdego dnia czerpie z innych ludzi. Najczęściej bezwiednie, dlatego też inspiratorzy rzadko mają szansę się dowiedzieć, że byli siewcami. A szkoda.

Jeśli ktoś swoim słowem, przykładem, gestem, obecnością, przysługą czy czymkolwiek innym zmienił Twoje życie, to może warto mu o tym powiedzieć, aby choć w ten sposób wyrazić swoją wdzięczność?  

Pomyśl o tym przez chwilę. O tym, co się ostatnio w Twoim życiu zmieniło, jak Ty sam się zmieniłeś i kto miał na to pośredni lub bezpośredni wpływ.

Wiem, to wymaga trochę wysiłku, przegląd tych wszystkich okoliczności i czynników. Ale warto. Żeby zauważyć i docenić.

A potem idź i podziękuj.    


Z wdzięcznością, że Jesteś i czytasz,
Magda
  


***

Tekst kursywą to słowa Jacka Walkiewicza w odpowiedzi na pytania Łukasza Jakóbiaka, gdzieniegdzie z pominięciem wtrąceń, które dobrze brzmią w języku mówionym, ale w pisanym są zbędne.

niedziela, 8 lipca 2018

"Zmieniamy się dzięki ludziom, których spotykamy"

Jacek Walkiewicz u Jakóbiaka
































Jestem zdania, że Jacka Walkiewicza trzeba słuchać. To zdecydowanie najlepsze jego wydanie. Jest zawodowym mówcą i sztukę przemawiania opanował w taki sposób, że chłonie się zdanie po zdaniu. Zresztą ponad 2 794 818 internautów (stan na dzień 8.07.2018 godz.22.00), bo tyle wyświetleń odnotował do tej chwili jego wykład "Pełna moc możliwości" nie mogło się mylić :) Pisze też świetnie, bo jego książkę "Pełna moc życia" (pierwsze wydanie z 2010 roku o numerze 7850*) przeczytałam już kilka razy i ciągle do niej wracam. Niemniej odbiór audio/video ma dla mnie zdecydowanie więcej MOCY, dlatego zachęcam aby nie ograniczać się do czytania. 

Z jego ostatniego nagrania, a właściwie wywiadu udzielonego Łukaszowi Jakóbiakowi w talk-show 20m2 wynotowałam "kilka" ciekawszych zdań, które mocno korespondują z tematyką tego bloga. Każde kolejne mądrzejsze od poprzedniego, więc pisałam i pisałam... aż po przejrzeniu notatek zorientowałam się, że gdybym uzupełniła jeszcze kilka linijek i powstałaby pełna transkrypcja... 


Poniższy zapis to wersja dla tych, którzy wolą czytać, niż słuchać. I jako gotowiec dla tych, którzy też lubią sobie ponotować, żeby kiedyś do pewnych treści wrócić. 







Cz. 1 - Jak żyć lepiej? - Jacek Walkiewicz:


"Niektóre decyzje zapadają w najmniej oczekiwanym momencie. Gdzieś w pociągu pod wpływem osoby której nie widziałeś ostatnie 5 lat. Nagle ją spotykasz i coś się dzieje... "

"Postanowiłem (...) że zacznę żyć trochę inaczej. I tu się pojawiła magia, bo spotkałam w Nieznanicach Ewę Foley na szkoleniu. Po prostu znalazłem ogłoszenie, że Ewa prowadzi szkolenie ze świadomego oddechu (...) I pojechałem na to szkolenie i tam poznałem też Zygmunta Łakomego, który był dla mnie odkryciem epokowym ...Pamiętam, jak stamtąd wróciłem, to wiedziałem, że moje życie się zmieni. I wielu mistrzów, których spotkałem, to również były osoby sprowadzone do Polski przez Ewę Foley i one gdzieś tam potem wpłynęły na mnie..." 
"Myślę, że zmieniamy się dzięki ludziom, których spotykamy. I to jest wielki dar i warto by o niego prosić, żeby na swojej drodze spotkać mądrych ludzi. Jeszcze takich starszych mądrych ludzi, którzy mają dystans. Którzy widzieli to życie przez 80 lat i którzy patrzą na ciebie i mówią: o młody, tam się przewraca... też się przewracałem. Może spyta jak się podnieść. A jak nie pyta, to poczekamy, nie będziemy mu na siłę pomagać. Tego się nauczyłem, że jak nie pytają i nie proszą to nie należy wychodzić i mówić: ale ja mam tutaj technologię, naprawdę sprawdziła się! 
Bycie starszyzną**, a to jest takie pojęcie które bardzo sobie cenię i lubię, to jest właśnie umiejętność zaakceptowania, że niektórzy ludzie muszą dojść do pewnych rzeczy sami i we właściwym czasie i być może ty widzisz, że on zbankrutuje, jak będzie tak działał, ale może on musi zbankrutować." 
(...)
"Kto z kim przestaje, takim się staje. Ważne jest jakimi ludźmi się otaczasz, ponieważ energia grupy jest niezwykle istotna i być może dlatego tak ludzi fascynują te kwestie rozwoju osobistego, szkoleń i spotkań motywacyjnych, bo ci ludzie którzy tam przyjeżdżają, to są wyselekcjonowani ludzie, którzy chcą przyjechać i mają taką energię, która się udziela. Jak się tak słucha, to człowiek sobie myśli MOGĘ WSZYSTKO. Potem wyjdzie i trafi do swojego środowiska i tam wielokrotnie jest tak, że ściągną go na ziemię."
"Ja w pewnym momencie miałem takie świadome dobieranie sobie znajomych i brałem pod uwagę to, czy razem się uniesiemy, czy ja będę leciał i jeszcze musiał ciągnąć za sobą wiele osób. Może to egoistyczne, ale to taka świadomość - dokonuję wyboru i chciałbym tam bliżej gwiazd, niż po ziemi. Natomiast uważam, że bez korzeni nie ma skrzydeł, czyli żeby mieć te skrzydła i latać na co dzień, trzeba mieć tą świadomość swojej starszyzny, swoich wartości, które wynieśliśmy w domu, tego wszystkiego co jest z przeszłości."
(...)
"Zrozumiałem, że nic nie jest neutralne, nic. Wsiadasz do pociągu, spotykasz obcych ludzi, i myślisz sobie: zagadam. Kiedyś to było częste zjawisko, że ludzie nawiązywali kontakt. I ta osoba coś ci mówi, opowiada ci o nurkowaniu, jak była w Egipcie, na Malediwach. A ty wysiadasz z pociągu i już wiesz, że będziesz nurkował. I wchodzisz w świat nurkujących ludzi i poznajesz nowe środowisko, o którym w ogóle nie miałeś pojęcia."
"Tak było ze mną, jak kiedyś powiedziałem do studentów na zajęciach z psychologii, że interesuje mnie szamanizm. I studentka podeszła i dała mi kontakt do szamana i mówi: zadzwoń. I sobie myślę: zadzwonię i co powiem? Cześć szaman? Spotkajmy się w sobotę, poszamanimy sobie? Odłożyłem to. Ale on wracał do mnie kilka razy. Wracał, ta informacja o nim, że wydał jakąś książkę. I kiedyś dzięki niemu, myślę o Edim Pyrku, znalazłem się w Kanadzie u "Czarnych Stóp" na tańcu słońca. Ale to jedno zdanie wypowiedziane do studentów, bardzo mi zmieniło życie, bo ja wróciłem z tego wyjazdu inny."

"Często mówię do ludzi, ze jeżeli na sali siedzi 100 osób i każdy zna 60, to ja mam dostęp do 6 tysięcy. Czyli jeżeli powiem na przykład, że bardzo chciałbym wziąć udział w maratonie, czy ktoś by mi mógł jakoś poradzić, to na pewno na sali jest ktoś kto biega, albo zna kogoś kto biega. Jak staję przed grupą ludzi, to mam taką świadomość, że większość moich marzeń oni mogliby mi pomóc zrealizować. Jest tylko pytanie, czy jestem gotów nazwać te marzenia i jestem gotów zaryzykować."

(...)


"Jak spotykasz ludzi, którzy przeżyli wojnę , a to jest okres który mnie jakoś interesuje i wracam do tych korzeni, to tam zawsze są zbiegi okoliczności. Zawsze ci ludzie przeszli jakieś trudne momenty i przeżyli te dramatyczne chwile bo pojawił się ktoś na ich drodze , w niezwykły sposób im pomógł i gdzieś tam poszedł dalej. Taki katalizator zmiany, który był na chwilę tylko, ale bez nich historia dalej by się nie potoczyła." 

       

Zapraszam na drugą część wywiadu wraz moim komentarzem: "To, co osiągamy, osiągamy dzięki innym ludziom" 


Powyższy tekst kursywą to słowa Jacka Walkiewicza w odpowiedzi na pytania Łukasza Jakóbiaka, gdzieniegdzie z pominięciem wtrąceń, które dobrze brzmią w języku mówionym, ale w pisanym są zbędne.

* Autor odręcznie ponumerował każdy egzemplarz swojej książki, aby czytelnik miał poczucie otrzymania indywidualnej kopii.


** Pojęcie starszyzny zostało obszernie opisane w rozdziale "Pełna moc starszyzny". Bardzo zachęcam, żeby się z nim zapoznać, bo "bez korzeni nie ma skrzydeł"... 

niedziela, 18 lutego 2018

Jak tak dalej pójdzie(sz), to (z) kim będziesz...?

W styczniu miałam przyjemność uczestniczyć w przyjęciu z okazji 60-tych urodzin przyjaciela moich rodziców. „Wujka” Romka znam od urodzenia i jest mi bliższy niż niejeden krewny, choć nie spotykamy się zbyt często (nie licząc facebooka :)). Tym bardziej ucieszył mnie telefon od cioci z zaproszeniem na jego okrągłe urodziny, że byliśmy jedynymi gośćmi spoza grona najbliższej rodziny.

Gdy zajęliśmy swoje miejsca, syn solenizanta wstał i powiedział: 
Dziękuję Wam wszystkim za przybycie na urodziny mojego taty! 


Następnie zwrócił się do ojca:
Dziękuję Ci tato za to, że jesteś wspaniałym ojcem. Za to, że zawsze zachowywałeś się wzorowo w relacjach z mamą…. Za to, że nigdy nie byłem świadkiem kłótni… Za to, że po pracy zawsze miałeś dla nas czas…

A teraz dziękuję za czas, który poświęcasz swoim wnukom….

To Ty pokazałeś mi, że rodzina jest najważniejsza…. – mówił dalej, a jeden z gości zsunął na czubek nosa zaparowane okulary. 
Dziękuję Ci za pierwszy przybity gwóźdź i pierwszą przykręconą śrubkę…. – Patryk uśmiechnął się do ojca. - Dziękuję Ci tato za rower...


aria acker bilk

... w tym momencie w mojej głowie zaczęła się odtwarzać Aria (Acker Bilk), muzyczny motyw przewodni z filmu "Mój rower", a pamięć przywołała kilka scen, w których tytułowy rower symbolicznie połączył trzy pokolenia bohaterów.


Między nutami

Przyznam szczerze, że nie wiem co było dalej. Co mówił syn, za co jeszcze dziękował, czego ojcu życzył. Jedyne co słyszałam (wciąż tylko w mojej głowie) to dźwięki fortepianu z akompaniującym mu klarnetem. I podobnie jak przy oglądaniu filmu poczułam, że zalewa mnie fala gorąca, którą szybko odczytałam jako zwiastun wzruszenia. Wiedziałam, że jeszcze chwila i już nie powstrzymam łez, dlatego z całych sił starałam się na powrót skupić swoją uwagę na mówcy.

Patryk właśnie siadał, ale goście nie przestawali klaskać. Ja też pozostawałam pod takim wrażeniem, że od razu wiedziałam, że będę się musiała tym przeżyciem z Tobą podzielić.


Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Jeśli 36-letni mężczyzna publicznie wypowiada tak piękne słowa do swojego ojca (i robi to zupełnie spontanicznie – wiem, bo pytałam), to jest to dla mnie największy dowód na to, że w ich relacji ojciec dał radę.

Tak, właśnie ojciec, choć laury za przemowę zebrał naturalnie syn. Ale nie wygłosiłby jej, gdyby nie miał powodu. Bez swojego ojca nie byłby tym synem, którego tego dnia podziwialiśmy i oklaskiwaliśmy. To ojciec zasiał, podlewał i pielęgnował, aby teraz cieszyć się owocami swojej pracy.

Co dał Ojciec? Co otrzymał Syn?

Przede wszystkim czas. A czas z dzieckiem to synonim bliskości, miłości, szczęśliwego dzieciństwa. Gdy rodzic zajmuje się własnym dzieckiem, daje mu jasny przekaz – jesteś ważne, warte uwagi, kochane. Jaki komunikat przekazałby dziecku, gdyby po powrocie z pracy skierował swoje kroki na kanapę przed telewizor?

Czy to znaczy, że miał lekką pracę, po której nie miał ochoty odpocząć? Z pewnością nie. Jeśli jednak jego wartością nadrzędną zawsze była rodzina, to nie miał najmniejszych problemów z ustaleniem priorytetów.

Czy to znaczy, że nigdy nie kłócił się z żoną? Wątpliwe. To znaczy tyle, że rodzice dbali o to, by małżeńskie spory rozstrzygać bez udziału dzieci. Dla dziecięcego poczucia bezpieczeństwa nie ma nic ważniejszego, niż pewność, że rodzina jest trwała i nic jej nie zagraża.

Tym, co zwróciło moją szczególną uwagę (bo ten aspekt relacji międzyludzkich jest dla mnie samej niezwykle istotny), jest szacunek, z jakim Patryk zwracał się do ojca. To taka wartość, którą wynosi się z rodzinnego domu. Jeśli rodzice odnoszą się do siebie z szacunkiem, to dziecko uczy się, jak należy się komunikować z ludźmi w ogóle.

Piękne i wzruszające było również to, z jaką szczerością i otwartością wypowiadał się syn. To znaczy, że w rodzinie była otwarta komunikacja, jej członkowie mieli prawo do odczuwania, a przede wszystkim wyrażania uczuć. Wspaniale było widzieć, że dla Patryka zwracanie się do ojca w pełen miłości, troski i szacunku sposób jest zupełnie naturalne.


…tym ojca zaskoczy

To nie jest tak, że mój 60-letni wujek zasłużył na uznanie syna w ostatnich kilku miesiącach. Ani nawet latach. Na miłość i szacunek pracował każdego dnia odkąd jego dzieci przyszły na świat. Od momentu założenia rodziny, od początku bycia ojcem. Roman wiedział, że „być rodzicem” znaczy o wiele więcej, niż „mieć dzieci”.

Czy tego chcemy, czy nie, autorytet rodzicielski ujawnia się w działaniu. Przykład zawsze idzie z góry, a w procesie wychowawczym widać to dobitnie. Dzieci uczą się świata chłonąc bodźce z otoczenia. Wszystko, co dzieje się wokół, kształtuje je w jakiś sposób. Jeśli nie dostają dobrego przykładu, to biorą za wzór ten, który jest najbliżej. To bezlitosna prawda o rodzicielstwie. Każdy błąd i zaniedbanie widać po dzieciach jak na dłoni.

Żaden rodzic nie przekona dziecka, że rodzina jest najważniejsza, jeśli dla niego samego nie będzie to wartość nadrzędna. Prawdopodobnie Patryk nie byłby teraz ojcem trójki dzieci, gdyby widział, że ojcostwo było kulą u nogi dla jego własnego taty.

Rodzicielstwo to nieskończenie wymagająca rola życiowa. Niektórzy twierdzą, że znacznie trudniejsza, niż wszelkie funkcje związane z życiem zawodowym. Szczególnie w czasach, gdy pracodawcy walczą o nasz czas i zaangażowanie coraz bardziej agresywnie, wydzierając nas rodzinom. Może właśnie dlatego współcześnie najszczęśliwsze domy to nie te, w których niczego nie brakuje, ale te, w których nie brakuje rodziców…?


Jak tak dalej pójdzie(sz), to (z) kim będziesz w wieku 80 lat?

Jak zwykle, nie piszę tego wyłącznie po to, żeby podzielić się moimi osobostymi wrażeniami. Chcę Cię zachęcić do wykorzystania tego przykładu dla rewizji bliskich relacji w Twoim własnym zyciu. Dla ułatwienia proponuję wykonanie ćwiczenia, często wykorzystywanego przez psychologów i coachów do ustalania celów, określania wizji czy misji życiowej:

Wyobraź sobie, że jesteś staruszkiem w bujanym fotelu. To dzień Twoich 80-tych urodzin. Nie robisz już imprez, więc nikogo nie zapraszałeś. A jednak do drzwi pukają pierwsi goście. 

Kim są ci ludzie? Przyjrzyj się ich twarzom. Kto zdecydował się odwiedzić Cię bez zaproszenia? Z kim jesteś na tyle blisko, że wie, że można do Ciebie wpaść tak po prostu? Twoje dzieci, wnuki, przyjaciele…? Z czyich odwiedzin cieszysz się najbardziej?
Jak Cię witają? Co mówią? Czego ci życzą? O czym rozmawiacie? Co wspominacie? Z czego się śmiejecie? J
ak spędzacie ten dzień?


Goście wychodzą, zostajesz w pokoju sam. Jak się czujesz?

Szczęśliwy, dumny, kochany?


Czy może smutny, rozżalony i rozczarowany? 

Dlaczego?

Czy kogoś zabrakło...?

....

Jeśli w Twojej wyobrażni rozegral się ten optymistyczniejszy scenariusz - szczerze gratuluję!


Jeśli ten drugi... Kto się nie zjawił, mimo iż po cichu bardzo na to liczyłeś? Jak myślisz, dlaczego nie przyszedł? Czy jest coś, co możesz zrobić, żeby pojawił się na Twoich kolejnych urodzinach?
Może wcale nie wie, że jest dla Ciebie kimś ważnym? Może trzeba mu o tym powiedzieć? Może za coś przeprosić? A może to on czeka na Twoje ciepłe słowo, odwiedziny, uśmiech...?

Zakładam że nie masz jeszcze tych 80 lat, więc ciągle nie jest za późno. Nie jest za późno na to, by stać się dla kogoś ważnym człowiekiem. Na to, by wnieść wartość w życie innych ludzi. By dać innym siebie na tyle, by potem oni zechcieli ofiarować kawałek siebie Tobie. 

Nawet jeśli daleko Ci do ideału rodzica, jakim jest mój wujek...jeśli sądzisz, że przegrałeś dzieciństwo swoich dzieci i jeśli decyzji nie da się cofnąć, a czasu nadrobić… Na pewno jest coś, co zrobiłeś dla nich wspaniałego.


Może to właśnie Ty nauczyłeś ich jazdy na rowerze...?


 M.

Dla zapewnienia anonimowości imiona osób zostały zmienione. 


fot. pixabay.com

piątek, 22 grudnia 2017

Czy przemówią ludzkim głosem, czyli jak przeżyć święta?


Nie dla wszystkich święta są miłe, łatwe, wyczekiwane. Dla wielu osób to najgorszy czas w roku, bo trzeba zasiąść przy wigilijnym stole z ludźmi, którzy wcale nie są nam bliscy. 

Z teściami, którzy nas nigdy nie zaakceptowali, z byłymi małżonkami lub co gorsza - z ich nowymi partnerami. Z rodzeństwem, które na skutek przewlekłych sporów o majątek rodzinny, przestało się nazywać bratem i siostrą. Z rodzicami, którzy są na nas śmiertelnie obrażeni, bo nie poszliśmy na takie studia, na jakich chcieliby nas widzieć... 

Już na samą myśl o tradycyjnym łamaniu się opłatkiem, odechciewa się uczestnictwa w wieczerzy wigilijnej, a pokusa by ominąć święta, jak bohater Grishama*, z niedorzecznej przeistacza się w wartą rozważenia. 

Gdy mamy komfort wyboru otoczenia na święta, to zdecydowanie warto wybrać to najbardziej nam sprzyjające, wśród ludzi, z którymi dobrze się czujemy. Jeśli jednak jesteśmy skazani na spędzenie kilku dłuższych chwil w towarzystwie, którego w każdych innych, nieświątecznych okolicznościach unikalibyśmy jak ognia, to motywację mamy właściwie tylko jedną: przetrwać.

A gdybyśmy takie przymusowe spotkanie potraktowali jako wyzwanie? Mało to może świąteczne, ale porównajmy sobie je do rozmowy kwalifikacyjnej. Zwykle do najmilszych nie należy, ale jeśli jesteśmy dobrze przygotowani, możemy chociaż zredukować poziom stresu i częściowo kontrolować jej przebieg. 


Wigilia z lotu skoczka

Skoczkowie narciarscy przed startem zapisują w głowie scenariusz pożądanego wyniku - od chwili wejścia na belkę, zjazd, wyjście z progu, w końcu sam lot i lądowanie. Ich mózgi kodują przebieg skoku, jakby odbył się faktycznie. Gdy więc oddają skok konkursowy, umysł steruje ciałem w taki sposób, jaki został już wcześniej mentalnie przetrenowany. Dzięki takim treningom zawodnicy osiągają znacznie lepsze rezultaty, niż przy wyłącznie fizycznym przygotowaniu.  


Analogicznie możemy sobie wyobrazić przebieg wigilii ...z drobnymi modyfikacjami. Pomyślmy, jakby to było, gdyby szwagierka była w lepszym niż zwykle humorze, gdyby nadpobudliwe dzieci znajomych nie atakowały naszej choinki, albo gdyby nie było tematów tabu utrudniających komunikację. 



Zróbmy sobie prezent i zaprojektujmy najoptymalniejszą wigilę, jaką tylko jesteśmy w stanie sobie wyobrazić - dokładnie w tych warunkach, jakie mamy. Przykładowo, wyobraźmy sobie, że oto wchodzimy do domu teściów, a oni witają nas od progu szczerymi uściskami i zachęcają, abyśmy się rozgościli. To nic, że w rzeczywistości traktują nas jak powietrze i życzyliby sobie, żebyśmy mieli moc przechodzenia przez zamknięte drzwi, żeby tylko nie musieli wstawać od stołu i nam ich otwierać. Oczywiście jeszcze bardziej by sobie życzyli, żeby nie musieli nas zapraszać, a już najlepiej, gdybyśmy do tej rodziny nigdy nie weszli... 

Zostawmy jednak fakty na boku i pobawmy się kreatywnością:


"Teściowa - zołza jedna, gołymi rękami bym ją mogła udusić, na samą myśl o niej nóż mi się w kieszeni otwiera... - pokrzywdzona przez los żona swojego męża tyrana, przez lata bez prawa głosu w rodzinie, teraz sobie biedaczka znalazła ofiarę, żeby odreagować. Szkoda, że padło na mnie, ale... to ona ma problem, a nie ja. Przełknę, wybaczę. Dobrze, że chociaż dla naszych dzieci ma serce. W gruncie rzeczy nie jest zła. Może nie nadajemy na tych samych falach, ale... gdybyśmy dały sobie szansę? Może właśnie w czasie tych świąt coś w niej pęknie...?"


Pomyślmy o każdym z wigilijnych współbiesiadników tak ciepło i serdecznie, jak się tylko da. Spróbujmy w każdym z nich znaleźć po trzy pozytywne cechy. Popatrzmy na nich z wyrozumiałością i pobłażliwością. Na każde z ich najgorszych zachowań z przeszłości wobec nas znajdźmy jeden mocny argument, jedno tłumaczące ich usprawiedliwienie. W końcu (to wariant dla najodważniejszych) wyobraźmy sobie, jak podajemy sobie ręce na zgodę i zapadamy sobie w ramiona w pojednawczym uścisku. Wyostrzmy zmysły, aby dodać wyobrażeniom tak wielu szczegółów, by obraz był jak najbardziej rzeczywisty. Na policzku może błysnąć łza wzruszenia, a okulary mogą zaparować mimo braku deszczu... 


Podchoinkowy efekt domina


Po treningu pora na skok. Prawdziwa wigilia, prawdziwa teściowa. Idziemy z optymistyczną wersją z tyłu głowy, chociaż na poziomie świadomości wiemy, która "wersja" teściowej otworzy nam drzwi. Już od progu chce nam się śmiać na wspomnienie tej wyidealizowanej postaci, z którą osoba przed nami nie ma nic, ale to nic wspólnego. Teściowa widzi skrywany przez nas uśmiech i kąciki jej ust też się mimowolnie unoszą. Wymieniacie krótkie uśmiechy, którym w razie potrzeby naturalnie byłaby w stanie zaprzeczyć pod przysięgą. Nie da się jednak ukryć, że coś drgnęło. Ewidentnie coś "poszło nie tak". Nie tak jak zwykle. Pewne fragmenty skostniałego od lat scenariusza wigilijnego zostały zmienione, kolejne będą więc musiały do nich konsekwentnie nawiązać. Może ta wigilia nie będzie jeszcze przełomowa, ale na pewno nie będzie już fatalna. Dobry nastój może się okazać zaraźliwy, niektórzy członkowie rodziny może nie znajdą podatnego gruntu pod swoje uszczypliwości, może wzajemna niechęć pójdzie z dymem świecy na wigilijnym stole. 


Czasami nie warto czekać na moment, w którym wrogo nastawieni do nas ludzie przemówią ludzkim głosem. Sami przejmijmy inicjatywę i zróbmy krok w kierunku przełamania niezmiennej od lat konwencji, a przełamanie się opłatkiem okazać się może niewymuszoną, naturalną konsekwencją.



Z życzeniami wspaniałych świąt,
Magda


* Grisham John napisał książkę "Ominąć święta" - obowiązkowa lektura dla świątecznych sceptyków :)


wtorek, 14 listopada 2017

Co się stanie, gdy się na moment zatrzymasz?

Na moim osiedlu mieszka pewna pani, lat 69. Gdy nie znałam jej imienia, nazwałam ją "panią fartuszkową", bo nosi taki fartuch, który niezmiennie kojarzy mi się z panią z mięsnego... Zauważyłam, że podejrzanie często ma coś do zrobienia przed swoim domem. 

Gdy mnie zatrzymuje, nigdy nie kończy się na wymianie pozdrowienia. Znam już cały jej życiorys, listę leków, tytuły z domowej biblioteczki i osiedlowe plotki. 

Najbardziej lubię, jak wspomina swojego narzeczonego. Rumieni się wtedy i spuszcza wzrok jak speszona nastolatka. Jeśli akurat trzyma w ręce gazetę, zakrywa nią twarz, jakby chciała ukryć niepowstrzymany chichot. Wygląda wtedy dokładnie tak samo, jak roześmiany papież Jan Paweł II podczas pamiętnej pielgrzymki w Polsce, opowiadający w Wadowicach, dokąd chodził po maturze na kremówki… 

- Magda, a co tam słychać u twojej ulubionej koleżanki? - zaczepił mnie kiedyś sąsiad. 
Chwilę potrwało, zanim się zorientowałam, że pyta o panią fartuszkową. 

No tak... Trochę się pośmialiśmy, ale później poczułam, że to wcale nie było aż tak zabawne. Zorientowałam się, że sąsiedzi wybierają okrężną drogę do swoich domów, żeby ich przypadkiem nie zaczepiała. Wygląda na to, że tylko ja daję się złapać...

Pewnego dnia Pani Fartuszkowa powiedziała: 
- Wie pani co? Tylko z panią mogę sobie tak dobrze o książkach porozmawiać! - zaskoczyła mnie totalnie. - Była tu jeszcze na osiedlu taka druga fajna pani, babcia Karoliny... ale ona już zmarła...

Podziękowałam za miłe słowa i po raz pierwszy skłamałam, że się spieszę.
Ogromnie żałowałam, że nie mam przy sobie żadnej gazety, która pomogłaby mi ukryć wzruszenie... 

A Ty? 
Jak reagujesz, gdy starsza osoba zatrzymuje Cię na ulicy? 
Sprawdź, co się wydarzy, gdy poświęcisz jej parę chwil swojego cennego czasu! 

Pozdrawiam,
Magda


fot. pixabay.com

wtorek, 17 października 2017

(Nie)odnawialne źródła zaufania

Gdy jestem przypadkowym świadkiem rozmów telefonicznych - w pracy, w autobusie, sklepie czy na ulicy - staram się odwracać własną uwagę, żeby nie skupiać się na komunikatach, których nie jestem docelowym odbiorcą. Mimo iż osoby dzwoniące i odbierające telefon w miejscach publicznych niejako zgadzają się na postronnych słuchaczy, to jednak bycie przymusowym świadkiem nie zawsze jest dla mnie komfortowe. Przede wszystkim dlatego, że wypowiadane treści bywają tak ciekawe, szokujące, albo zabawne, że zdarza mi się podążać za tokiem rozmowy. I nie byłoby w tym może nic szkodliwego, gdyby nie sytuacje, w których muszę się pilnować, żeby nieproszona nie włączyć się w rozmowę.

Tak jak wtedy, gdy usłyszałam komentarz wypowiedziany do słuchawki zdecydowanym tonem: "...prawda jest taka, że ufać można tylko sobie!" 

Ponieważ reprezentuję całkowicie odmienne podejście, przez myśl przemknęła mi riposta: "Mów za siebie, to twoja prawda. Nie jest ani obiektywna, ani absolutna. Na szczęście."

Skądinąd wiem, że autorowi tych słów wielokrotnie daleko było do zachowań uczciwych, lojalności czy czasami nawet do zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. I od razu nasunęło mi się skojarzenie z mentalnością złodzieja: ja kradnę, to znaczy, że wszyscy kradną. Jeśli ja podkładam ludziom świnie, to inni pewnie mi też, więc szczytem naiwności byłoby ufać komukolwiek.


Zwróć swą twarz ku słońcu...


Niestety jedną z moich słabości jest szukanie pozytywnych stron u każdego człowieka, a co za tym idzie, okoliczności łagodzących dla wszelkich niepożądanych zachowań. Dlatego zaczęłam się zastanawiać nad innymi możliwymi przyczynami zupełnego braku zaufania. Na przykład takimi, że ktoś uległ w życiu tak wielu rozczarowaniom, że stracił wiarę nie tylko w ludzi, którzy go zawiedli, ale też na wszelki wypadek postanowił nie ufać w przyszłości nikomu innemu. Żeby nie musiał narażać się na kolejne zranienia.

Pytanie, co było najpierw - bycie sprawcą czy ofiarą rozczarowania?

Ostatecznie zrobiło mi się żal tego człowieka, który kategorycznie zabronił sobie ufać innym. Jakiż on musi być samotny! Emocjonalnie odizolowany od ludzi, i to nawet od tych, którzy mogliby wnieść do jego życia dużo dobra.

Mnie z pewnością kosztowałoby to za dużo energii. Życie w ciągłej podejrzliwości, trzymanie ludzi na dystans i powstrzymywanie się przed angażowaniem w relacje - to nie dla mnie. 


... a cień zostanie w tyle!

Bo ja ciągle ufam ludziom, ciągle na nowo. Dopóki ktoś nie nadwyręży mojego zaufania, nie widzę powodu, aby od razu zakładać, że "wszyscy kradną". I żeby było jasne - nie otaczają mnie wyłącznie życzliwe osoby, które dobrze mi życzą. A jednak obecność tych pozytywnie nastawionych wielokrotnie wynagradza mi rozczarowania spowodowane przez tych kopiących pode mną dołki. I nie wyobrażam sobie, żebym ze względu na rozczarowanie tymi właśnie, miała zrezygnować z zaufania innym i wchodzenia w bliskie relacje.


Na zakończenie cytat z mojego ulubionego kalendarza: 

"Nic bardziej nie wzmacnia człowieka niż okazane mu zaufanie." (Adolf Harnack)


A jak jest z zaufaniem u Was?

Jest na kredyt, czy dopiero, jak ktoś zasłuży? A może nie obdarzacie nim wcale, bo nie warto?


Pozdrawiam serdecznie,

Magda